19 stycznia 2014 roku turecka policja zatrzymała kilka ciężarówek w pobliżu granicy z Syrią. Podczas kontroli znaleziono moździerze, pociski artyleryjskie oraz dziesiątki tysięcy naboi – wszystkie mające dotrzeć na front Dżabhat an-Nusra (paramilitarnej grupy zbrojnej należącej do siatki Al-Kaidy) w Syrii. Turecki rząd mógł wykorzystać okazję do rozwiania podejrzeń o prowadzenie podwójnej gry, lecz zamiast aresztowania kierowców ciężarówek, turecki przywódca Recep Tayyip Erdoğan aresztował policjantów – ciężarówki należały do tureckiego wywiadu.

Czy to w przypadku członków NATO, czy też nie, takie działania są raczej regułą, bardziej niż wyjątkiem. Niedługo potem, kiedy dziennikarze sfotografowali dostawę tureckiego uzbrojenia do tzw. Państwa Islamskiego, Erdoğan wziął odwet nie na tych, którzy pomagali pozornemu wrogowi, lecz na redaktorach dziennikarzy.

Turcja ma problemy z terroryzmem, ale niewiele do zrobienia ze zwolennikami żyjącego na wygnaniu teologa Fethullaha Gülena, którego ekstradycji żąda Erdoğan. Grzechem Gülena jest niepodległość, nie terror. Niestety, podczas gdy tureckie lobby oraz dyplomaci odwołują się do trwającego od dekad partnerstwa pomiędzy Turcją a Zachodem, Turcja już od niego odstąpiła.

Weźmy pod uwagę, co nastąpiło:

W 2006 roku, gdy Stany Zjednoczone i Unia Europejska chciały odizolować Hamas, dopóki ten nie zaakceptuje zaprzestania terroryzmu i istnienia Izraela, Erdoğan nie tylko wciągnął do grupy, ale również zaprosił Khalida Mishaala – najważniejszego lidera bojówki – by był jego osobistym gościem. Jednakże problemem nie był sam Erdoğan. Kiedy turecki przywódca po raz kolejny zaprosił przywódcę politycznego Hamasu – Ismaila Haniyę – do Ankary, lider ugrupowania terrorystycznego otrzymał owacje na stojąco w tureckim parlamencie. W następnych latach, relacje tureckiego rządu z Hamasem – nieważne jakie działania terrorystyczne prowadził – stały się jeszcze bliższe.

Hamas nie jest jedynym problemem. W 2007 roku, wykoleił się w Turcji pociąg przewożący tysiące rakiet, które miały być dostarczone Hezbollahowi; w dokumentach pociągu była informacja o przewożonych materiałach budowlanych. Tureckie władze zamiotły sprawę pod dywan, lecz zapowiadało to już chęci Erdoğana do wsparcia antyzachodniego terroru – dla ideologii bądź zysku – przy jednoczesnym zapewnianiu zachodnich dyplomatów, że wciąż wiąże przyszłość kraju z Europą.

Tureckie ślady nie ograniczają się tylko do terroryzmu na Bliskim Wschodzie. Gdy francuskie siły wkroczyły do Mali, aby pomóc państwu zwalczyć siatkę Al-Kaidy, która próbowała przejąć władzę na północy kraju, Ahmet Kavas – turecki ambasador oraz bliski współpracownik Erdoğana – napisał na Twitterze, że „Al-Kaida znacznie różni się od terroru” i podjął się spekulacji, że to francuskie oddziały stanowiły rzeczywiste zagrożenie terrorystyczne.

Później w 2014 roku, krótko zanim terroryści z organizacji Boko Haram porwali prawie 300 dziewczyn ze szkoły w północnowschodniej Nigerii, nagranie z wycieku ujawniło, że prywatna sekretarka Turkish Airlines rozmawiała z prawą ręką Erdoğana o problemach z transportem lotniczym uzbrojenia dla islamistycznych wojowników.

Następnie w ubiegłym roku grupa Wikileaks ujawniła ponad 50 000 emaili należących do Berta Albayraka – zięcia Erdoğana – oraz Ministra Paliw Turcji, które sugerowały, że rodzina Erdoğana czerpała korzyści z ropy naftowej z tzw. Państwa Islamskiego. W międzyczasie syn Erdoğana został sfotografowany podczas spotkania z mężczyzną, który wówczas był desygnowanym do Skarbu USA finansistą Al-Kaidy.

Podczas gdy Turcja płynie na fali swojej reputacji minionych dekad – a wielu kongresmenów i dyplomatów Stanów Zjednoczonych wciąż składa gołosłowne deklaracje poparcia dla roli Turcji w NATO, bądź jej powiązania z Europą – Erdoğan fundamentalnie zmienił państwo. Porzucił wszelki polityczny pragmatyzm i wspiera islamistyczny terroryzm zarówno dla idei, jak i profitu. Problemem nie jest już jeden człowiek: trzynaście lat u władzy umożliwiło Erdoğanowi dokonanie kompletnej przemiany tureckiego społeczeństwa. Służby specjalne, policja i biurokracja są pod jego kontrolą. Działania, w które angażuje się Turcja, nie są działaniami szaleńca, lecz są umyślne.

Upraszczając, Turcja stała się Pakistanem regionu Morza Śródziemnego. Jej dyplomaci mogą mówić prawdę o prowadzeniu wojny z terrorem, niemniej ich działa sugerują coś przeciwnego. Na podstawie wszelkich obiektywnych standardów, Departament Stanu USA powinien określić Turcję jako państwo-sponsora terroru. Prowadzenie szarady tureckiego partnerstwa jest groźne: europejskie służby specjalne w ostatnim czasie złapały swych tureckich odpowiedników obserwujących politycznych dysydentów w Holandii, Niemczech i Szwajcarii. Dokumenty sugerują, że Turcja może być zaangażowana w podobny sposób w Stanach Zjednoczonych.

Ale czyż nie jest Turcja członkiem NATO? Tak, lecz ta organizacja powinna terroryzm zwalczać, nie go kryć. Skalowanie polityki do wyimaginowanej Turcji jest proste na drodze dyplomatycznej, ale docelowo niebezpieczne. Nadszedł czas stawić czoła rzeczywistości.

Michael Rubin – doktorant, badacz w American Enterprise Institute oraz autor „Tańcząc z diabłem” (wyd. Encounter, 2015), książki opowiadającej o historii dyplomacji USA wobec groźnych reżimów.

Źródło: http://m.washingtontimes.com/news/2017/apr/4/nato-members-defeat-dont-launder-terrorism/

Previous Article Erdoğan zapowiada eksterminację sympatyków Gülena: „Nie damy im prawa do życia!”
Next Article Wszczęto postępowanie wobec nauczyciela, którego uczennica użyła zwrotu „dialog międzywyznaniowy” podczas obchodów Dnia Dziecka

RELATED ARTICLES

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *